wtorek, 31 marca 2015

Kurtka

Przedwczoraj odkryłem w szafie moją starą skórzaną kurtkę. Otrzymaną w prezencie od wujka, na któreś tam urodziny. Przypomniały mi się moje motocyklowe szaleństwa, czas młodzieńczego buntu i pragnienie niezależności, wolności i naprawy tego świata…
Lata potem specjalnie za nią nie przepadałem, nosiłem od przypadku do przypadku, aż wreszcie stała się dla mnie za mała. A raczej za szczupła… Przytyłem.
Swoją drogą, miała wiele zalet. Jak żadna inna doskonale chroniła przed wiatrem, była lekka i jednocześnie ciepła. Mimo, że rzadko ją zakładałem, wiązało się z nią wiele wspomnień…
Postanowiłem odrestaurować ten obiekt mojej przeszłości.
Najpierw chciałem zwyczajnie ją uprać w pralce, w czym skutecznie przeszkodziła mi żona, nie żałując epitetów dla mojej głupoty. Zadzwoniłem do znajomego i ten polecił mi zakład czyszczenia odzieży skórzanej, z którego usług korzysta od lat.
Spakowałem kurtkę do torby, wsiadłem do autobusu i bez trudu znalazłem szukaną firmę.
Nowoczesna elewacja budynku i wielki ciekłokrystaliczny wyświetlacz reklamowy były niezgodne z moim wyobrażeniem o firmie dokonującej renowacji starych kurtek.
Wszedłem do środka, pojawił się pracownik… Chińczyk chyba, przynajmniej z wyglądu…
– Słucham pana, czym mogę służyć?
Mówił świetnie po polsku, akcent był słabo wyczuwalny.
Wyjąłem kurtkę, pokazałem przebarwienia, i wszystkie miejsca z plamami. Pracownik uważnie przyjrzał się detalom i powiedział, które jest w stanie naprawić. I które nie – niestety…
Zgodziłem się z jego oceną, przyjąłem do wiadomości dosyć wygórowaną cenę. Cóż, znajomy uprzedzał mnie o tym, że nie będzie tanio.
Porozmawiałem chwilę z pracownikiem, ciekawy byłem, jakimi metodami czyści skórę. Okazało się, że mówiąc w uproszczeniu, pierze je w trocinach. Myślałem, że to jakiś chiński wynalazek, ze zdziwieniem dowiedziałem się jednak, że jest to powszechnie stosowana na całym świecie metoda czyszczenia wyrobów skórzanych.

Po tygodniu odebrałem drogą pamiątkę. Wyglądała o wiele lepiej, nawet brakujące ćwieki zostały uzupełnione przez identyczne z oryginalnymi. Przyjrzałem jej się z dumą i pełen nostalgicznych wspomnień młodości, zacząłem wciągać ją na grzbiet… Nic z tego! Za ciasna… Cóż… Ja już chyba nie schudnę, ale może Chińczyk dałby radę jakoś powiększyć kurtkę?...

zniszczony dywan

W zeszłym miesiącu odwiedziła mnie kuzynka. Od najmłodszych lat mojego dzieciństwa ja i Laura, bo tak ma ona na imię, byliśmy sobie bardzo bliscy. Czasami się kłóciliśmy, jak to bywa u małych dzieci. Wielokrotnie któreś z nas biegło zapłakane do rodziców, aby poskarżyć się na drugie, ale zawsze dochodziło między nami do porozumienia. Przepraszaliśmy się nawzajem, przytulaliśmy się i w zgodzie kontynuowaliśmy dalszą zabawę. Mieszkaliśmy niegdyś w sąsiednich domach i często przebywaliśmy razem u mnie, lub u niej. Później nasze losy tak się potoczyły, że ja zamieszkałem w Poznaniu, a ona w Tczewie i kontakt między nami nie był już tak częsty. Laura przyjechała do mnie nie sama, jak się tego spodziewałem, tylko z półrocznym labradorem Reksem. Bardzo lubię zwierzęta, a szczególnie psy, ale ten okazał się wyjątkowo dokuczliwy. Już pierwszego dnia, gdy przyrządziłem kolację, wskoczył na stół i porwał kiełbasę, po czym uradowany zeskoczył na podłogę, wraz ze swą zdobyczą i merdając ogonem,strącił przy okazji szklankę z herbatą. Szklanka się stłukła, a szkła oraz jej zawartość wylądowały na dywanie. Lubiłem bardzo ten mój puszysty dywan z frędzlami na brzegach. Intensywnie wypadała mu sierść, ilekroć sprzątaliśmy, zawsze wybieraliśmy z tego nieszczęsnego dywanu mnóstwo kłaczków, a i tak było ich coraz więcej. Słyszałem kiedyś o pralni chemicznej Perfect Clean, że świadczy ona takie usługi, jak czyszczenie dywanów i innych wyrobów tekstylnych. Udałem się więc do pralni z tym moim dywanem. Panowała tam miła atmosfera. Kiedy poszedłem go odebrać, dowiedziałem się, że niestety nie udało się go dokładnie wyczyścić. Zwrócono mi wpłacone wcześniej pieniądze. Natomiast gdy wróciłem do domu, ten mały łobuz, korzystając z tego, że chwilowo nikt na niego nie zwraca uwagi, zaczął obgryzać frędzelki dywanu. Kuzynka przepraszała mnie z całego serca za te Reksiowe wybryki i obiecała, że odkupi mi nowy dywan. Tamten zniszczony wyrzuciłem i mam teraz mały dywanik bez frędzli. Ten wcześniejszy był ładny, ale oporny na czyszczenie. Nawet dla profesjonalnej pralni Perfect Clean okazał się nie lada wyzwaniem.

poniedziałek, 30 marca 2015

Bohater

Tego dnia obudziłem się z ciężkim bólem głowy około dziewiątej rano. Słońce było już wysoko, zaglądało do naszej sypialni. Zerwałem się z łóżka, przestraszony, że spóźnię się do pracy, lecz po chwili przypomniałem sobie, że dzisiaj jest sobota. Z ulgą opadłem na poduszkę i dopiero wtedy zorientowałem się, że jestem w łóżku sam.
Nie zdziwiłem się, żona zawsze wstawała wcześniej i zwykle zdążyła wykonać mnóstwo czynności, zanim udawało mi się podnieść głowę i resztę ciała i przydreptać do kuchni na śniadanie. Tak było i tym razem. Na stole stały kanapki z wędliną i pieczonym schabem, jak zwykle pięknie przybrane. Ania zawsze bardzo dużą uwagę zwracała na sposób podania posiłku. Moja mamcia twierdziła nawet, że to przez żołądek trafiła do serca jej syna… Miałem już zabrać się do jedzenia, gdy moje zainteresowanie przyciągnęły szmery dochodzące z łazienki.
Po otwarciu drzwi ujrzałem żonę pochyloną nad pralką. Odwróciła się, smutnie spojrzała tymi swoimi dużymi oczami i powiedziała:
– Kochanie, klapa! Pralka się zepsuła. I to właśnie teraz! Zrobiłam wszystko jak zwykle, nastawiłam temperaturę… – ciągnęła dalej, żaląc się na swoje nieszczęście. Cały czas tłumaczyła się, jakby miała z czego, ja tymczasem przyjrzałem się pralce.
Wyglądała jak zwykle, pokrętła były we właściwych pozycjach, woda odkręcona…
– Tyle rzeczy do prania: dwie sukienki wieczorowe, dwie zmiany pościeli, koszule… – wyliczała biedna gospodyni. Ja dalej przyglądałem się pralce. Na wyświetlaczu „Error 5”. Hm…
– Twoje krawaty, spodnie, no i zaległe ciuchy z kosza, wiesz które… Co ja zrobię?! Gwarancja się skończyła, nie mamy teraz pieniędzy na naprawę!… – zakończyła lament bezradnie wzruszając ramionami. Za chwilę się rozpłacze.
– Kochanie, spokojnie… Przyjrzę się pralce. A ty… idź skarbie i poszukaj gwarancji, jesteś pewna, że już się skończyła?
– Chyba tak – odparła żałośnie. – Dwa miesiące temu… Ale pójdę, sprawdzę… – dodała zrezygnowana. Wyszła, zamykając drzwi.
Wiedziałem, co się stało. U Jarka, który ma ten sam model, komunikat „Error 5” zdarzył się już kilkakrotnie. Jego żona zapominała odkręcić zaworek dopływu wody. Moja Ania jednak odkręciła. Ki diabeł?... A może… Zajrzałem do szafki pod umywalką. Moja wina! Zakręciłem zawór odcinający wodę, bo wczoraj wymieniałem uszczelkę… Widocznie o tym zapomniałem… Przyznać się? O nie!
Otworzyłem zawór i wyjąłem z szafki jakiś śrubokręt. Słysząc nadciągającą Anię, zacząłem niby coś tam dłubać przy silniku…
– Niestety, kochanie… – rozpoczęła i urwała. No i? – spytała z nadzieją.
Udając lekko zasapanego, oświadczyłem pewnym siebie tonem:
– To poważna sprawa. Awaria przekaźnika! Silnik mógł się spalić! Ale podgiąłem styki… Spróbuj teraz…
Spróbowała. Pralka oczywiście ruszyła od razu. Ania podskakiwała z radości, ja zostałem kilkudniowym domowym bohaterem.


piątek, 27 marca 2015

Niewielka wpadka

W tym roku Święta Wielkanocne wypadają nieco wcześniej niż zwykle. Czas przedświąteczny pełen jest zajęć charakterystycznych dla tego okresu. Generalne porządki są jego nieodłącznym atrybutem.
Jak zawsze pracami porządkowymi kierowała moja żona. Gdy przyszło do prania dywanów, rzuciła propozycję.
– Wiesz kochanie, nasz budżet jest ostatnio trochę napięty… Może zamiast wzywać, jak co roku, ekipę do prania dywanów, poradzilibyśmy sobie sami?
Zastanowiłem się chwilę. To „poradzilibyśmy” oznaczało oczywiście, że wszystko miałbym na swojej głowie. Ania uśmiechała się prosząco, ale ton jej prośby wskazywał na to, że nie mam wyboru.
– Oczywiście, kochanie. Ale chyba sama rozumiesz, będę miał z tym tyle roboty, że przez jakiś czas nie będę mógł pomagać ci w innych pracach domowych – próbowałem przynajmniej coś ugrać.
– Dobrze, dobrze… W tej chwili dywany są dla mnie najważniejsze. Zresztą myślę, że z innymi pracami jakoś sobie poradzę… przynajmniej chwilowo – odpowiedziała moja miła. I wyraźnie zadowolona, poszła do salonu prasować niedawno wyprane i podsuszone zasłony i pościel.
Zadzwoniłem do kumpla, Jarka.
– Cześć stary, prałeś kiedyś dywany? – rzuciłem prosto z mostu. Jarek przytaknął i zaprosił mnie do siebie, obiecując udzielić odpowiedniej informacji na ten temat. Ja jednak wiedziałem, jak to się skończy.
– Człowieku, jak miałbym czas, żeby do ciebie wpaść na piwo i obejrzeć dzisiejszy mecz, to nie potrzebowałbym takiego pretekstu. Ja naprawdę szukam kogoś, kto mógłby mi pomóc!
Ale kumpel mruknął coś wymijająco i rozłączył się.
Poszedłem do pobliskiego sklepu z artykułami chemicznymi i pogadałem ze sprzedawcą. Dał mi dwa duże pojemniki z jakimś sprejem i dosyć długo tłumaczył, co mam robić.
Ania zostawiła kartkę że wróci wieczorem, musiała pojechać do mamy, teściowa znowu gorzej się poczuła. Prosiła, żeby dywany wyczyścić dziś jeszcze. Westchnąłem, przebrałem się w „robocze” ciuchy i zabrałem do roboty.
Dywany, piękne i puszyste, mieliśmy dwa – duży w salonie i mniejszy w sypialni. Najwięcej pracy kosztowało mnie odsłonięcie powierzchni dywanów. Po dokonaniu tej czynności, nieco spocony, zabrałem się do czyszczenia.
Zgodnie z instrukcją spryskałem sprejem całą płaszczyznę dywanów, odczekałem kilka minut, i za pomocą odkurzacza zebrałem powstały pył. Powtórzyłem to wszystko jeszcze raz.
Tak, Ania będzie zadowolona. Wyszło nie gorzej chyba, niż w ubiegłym roku, gdy wezwaliśmy specjalną ekipę do prania. Pełen zapału zużyłem resztę środka czyszczącego, odkurzyłem po raz trzeci… Super!
Trochę nerwowo zerknąłem na zegarek – dobra nasza, zdążę na mecz! Poleciałem do Jarka.
Wróciłem dosyć późno. Ania już była w domu i od progu… awantura!
– Wiedziałam, że na ciebie nie można liczyć! Wszystko byle jak odwalić, byle był czas na piwo z tym twoim koleżką! – I tak dale i dalej…

Okazało się, że zapomniałem wyczyścić część dywanu w sypialni – tam, gdzie skrywa się on pod kanapą. No ale kto by tam zaglądał?... To przecież niewielka wpadka…

Przygoda w restauracji

Od kilku lat pracuję w jednej z wrocławskich restauracji, jestem kelnerem. Za niską cenę serwujemy kilka najprostszych, znanych wszystkim dań. Mamy też kilku stałych klientów. Ja z ogromną niecierpliwością i utęsknieniem czekam tylko na tę jedną… Jest to śliczna dziewczyna o imieniu Amelia. Szczupła, niewysoka, o długich, prostych włosach i niebieskich oczach. Od razu mi się spodobała, gdy tylko pierwszy raz przyszła. Nawiązała się między nami nić porozumienia i zaczęliśmy rozmawiać. Jest bardzo inteligentną dziewczyną. Na początku przychodziła sama, lub z koleżanką, ale niestety ostatnio zaczęła odwiedzać naszą restaurację w towarzystwie jakiegoś mężczyzny. Ogromna zazdrość zagościła w moim sercu. Natomiast ten człowiek nie wzbudził mojej sympatii, taki bardzo nieprzyjemny. Pewnego dnia, a byłem wtedy zajęty pracą, usłyszałem jakieś podniesione głosy. Szedłem akurat, niosąc wazę z rosołem. Z tego co usłyszałem i zobaczyłem, wynikało, że się poważnie sprzeczali. On ściskał jej rękę i krzyczał coś podniesionym tonem. Amelia nagle zerwała się gwałtownie, wstała z impetem i wbiegła prosto na mnie. Natychmiast jej elegancka, wieczorowa sukienka pokryła się plamami od tego rosołu. Ja zwróciłem uwagę temu chłopakowi, że niewłaściwie traktuje kobietę i jak on może jej tak nie szanować. Poprosiłem koleżankę z pracy o pomoc w posprzątaniu i znalezienie czystego ubrania, a sam udałem się z tą sukienką do pralni Perfect Clean. Słyszałem o tej firmie wiele pozytywnych opinii, cieszy się ona ogromną rzeszą zadowolonych klientów, świadczonych jest sporo usług podnoszących walory użytkowe. Zachwyciła mnie panująca tam życzliwa atmosfera. Wyjaśniono mi dokładnie co do czego służy i jak przebiega proces czyszczenia wyrobów tekstylnych. Szczerze każdemu polecam usługi tej pralni, bo było warto z nich skorzystać. Oddałem mojej sympatii sukienkę idealnie czystą, wyglądającą jak nowa. Po niedługim czasie rozstała się z byłym partnerem. Teraz my tworzymy szczęśliwy związek, a w najbliższej przyszłości odbędą się nasze zaręczyny.

czwartek, 26 marca 2015

Przedweselna gorączka

W zeszłym roku ożeniłem się z najcudowniejszą kobietą na świecie. Z tej okazji urządziliśmy huczne przyjęcie, zaprosiliśmy mnóstwo gości, przybyło ponad sto osób. Byłem bardzo przejęty faktem, że wkraczam ze stanu wolności na tę nową drogę życia, jaką jest małżeństwo. Z jednej strony nie mogłem się doczekać na tę uroczą chwilę, kiedy oboje przed ołtarzem i na oczach wszystkich gości powiemy sobie oficjalnie tak, natomiast z drugiej strony ogarniała mnie coraz większa trema. Chyba najtrudniej było dzień przed uroczystością. Moja ukochana, teściowa i szwagierka krzątały się po całym domu, gotując, sprzątając et cetera, jak również poza nim załatwiając rozmaite sprawunki. Chciałem nieraz też pomóc w czymkolwiek, ale mnie przeganiały mówiąc, że bym im tylko przeszkadzał, zwłaszcza moja przyszła żona, jak zawsze energiczna, biegająca z okrągłym brzuszkiem. Spodziewaliśmy się wtedy naszego synka. Poszedłem więc do pokoju, otworzyłem szafę i zacząłem zakładać garnitury. Kiedy wreszcie zdecydowałem, który na pewno włożę nagle przypadkiem wpadła na mnie teściowa niosąca kawę. Na szczęście mnie nie oparzyła, ale niestety na garniturze powstały kawowe plamy. Ogarnęło mnie przerażenie, że do następnego dnia nie zdążę tego w żaden sposób wyczyścić, ale na szczęście mam kolegę, który pracuje w pralni chemicznej Perfect Clean, która znajduje się dość blisko mnie, także we Wrocławiu. Powiedział, żebym brał ten nieszczęsny garnitur i natychmiast przyszedł, co uczyniłem. Pozytywnie zaskoczyła mnie panująca tam miła atmosfera. Dowiedziałem się, jakie usługi są świadczone, co to jest franchising oraz czyszczenie wyrobów tekstylnych. Otrzymałem nawet promocję. Czyściutki garnitur odebrałem kolejnego dnia rano. Rozprawili się z nim szybko, idealnie i w samą porę, więc bawiłem się w nim na własnym weselu, a po plamach zostało tylko wspomnienie. Dziś jestem szczęśliwym mężem i ojcem. Kiedy usłyszę, że ktoś nie może uporać się z jakimiś plamami, polecam pralnię Perfect Clean, z której jestem bardzo zadowolony. Właśnie moja obecna już żona udaje się tam z kocykiem naszego synka Alana. Jestem najzupełniej przekonany, że będzie on idealnie czysty, wyglądający niemal jak nowy.

środa, 25 marca 2015

Sukienka

Młodsza córka Jadzi, siostry mojej Kasi, ma w tym roku Pierwszą Komunię Świętą. Lenka, która jest chrześnicą Kasi, cieszy się jej ogromnymi względami, chrzestna po prostu ją rozpieszcza. Oczywiście postanowiła zaangażować się w pomoc przy organizacji przyjęcia z okazji Pierwszej Komunii. Prezent miała upatrzony już wcześniej. Był to piękny złoty łańcuszek z medalikiem, który ona sama otrzymała na swoją Komunię. I jeszcze…
– Chcesz jej kupić sukienkę do komunii? – zdziwiłem się. – Myślałem, że Jadzia sama zechce mieć wpływ na to, jak Lenka będzie wyglądała podczas uroczystości. No i na tych wszystkich zdjęciach, przecież to pamiątka na całe życie…
Żona uśmiechnęła się nieco pobłażliwie i powiedziała:
– Już o tym rozmawiałam z Jadzią i Witkiem. Mają do mnie pełne zaufanie. Nie masz pojęcia, jak bardzo Lenka się cieszy, że sama będzie mogła wybrać sukienkę! Oczywiście, trochę nią pokieruję…
Naturalnie zrobiła, jak chciała. W środę umówiła się z małą i poleciały na miasto. Spędziły tam pół dnia, dopiero pod wieczór Kasia wróciła do domu.
– No i jak poszło? Kupiłyście? – zagadnąłem.
– Wspaniale! Kupiłyśmy wszystko, co trzeba. Sukienkę, buciki, welonik…
– Welonik? – zdziwiłem się. – Przecież to nie ślub…
– A co ty tam wiesz! – żachnęła się Kasia. – Welon akurat pasuje do tej sukienki, taki styl… Zresztą, komu ja tłumaczę?! – demonstracyjnie wzniosła oczy ku sufitowi. – Przecież ty nieraz na spódnicę mówiłeś „sukienka”…
– To było dawno… A, tego, no wiesz skarbie… nie żebym był jakiś, ale… ile wydałaś?...
Jednak żona nie kontynuowała tematu, parsknęła ironicznie; wyraźnie myślała już o czymś innym. Okazało się, że martwi się, co sama włoży na komunię chrześnicy i przyjęcie.
Miała sporo naprawdę fajnych sukienek (przynajmniej mi się podobały) ale uznała, że może włożyć tylko kremową. Niestety miała plamy. Dwie niewielkie, ale widoczne plamy…
– A może tą? – zaproponowałem piękną suknię lila. – Jest efektowna…
– Nie! Nie pasuje do sukienki Lenki… Widzisz, tobie wystarczy koszula i krawat, a dla mnie… Niestety, tylko kremowa się nadaje.
Zupełnie nie rozumiałem, dlaczego jej sukienka ma pasować do tej kupionej dla chrześnicy, ale siedziałem cicho, bo już nieraz mi się oberwało w podobnych sytuacjach. Po naradzie postanowiliśmy spróbować usunąć plamy.
Niestety pralnia chemiczna nie dała gwarancji usunięcia plam. I rzeczywiście… Dwukrotne pranie nie dało większych rezultatów. W pewnym momencie – bojąc się, że żona zaproponuje kupno nowej kreacji – wpadłem na genialny pomysł.
– Wiesz, kochanie – zacząłem przymilnie – te plamy są bardzo nisko, a ty masz bardzo ładne nogi… gdyby tak pójść do krawca i nieco skrócić sukienkę…
Kasię z początku zatkało, ale potem spytała niepewnie:
– Ale to komunia, nie mogę świecić gołymi kolanami…
Teraz już miałem gotową odpowiedź.
– Przecież Jadźka nosi sukienki nawet krótsze! I na komunii starszej córki też taką miała. A gdzie jej krzywym nogom do twoich!
Kasieńka nie byłaby kobietą, gdyby nie dała się złapać na ten podstęp. Poszło jak z płatka. Komunia była bardzo udana, Lenka szczęśliwa, a Kasia… podziwiana.


wtorek, 24 marca 2015

Niesforne maluchy

W zeszły poniedziałek rano moja żona poszła do szpitala, aby odwiedzić swoją siostrę, Która dzień wcześniej nagle straciła przytomność, zabrało ją pogotowie, a my na ten czas jej pobytu w szpitalu wzięliśmy do siebie dwóch synów szwagierki. Mamy też dwoje swoich dzieci, więc gdy Kasia wyszła, ja zostałem w domu z całą czwórką. Kazałem im się grzecznie bawić, a sam zasiadłem przed komputerem klienta, obiecałem, że do jutra będzie on naprawiony, gdyż na tym polega moja praca. Zacząłem od zrobienia mu formata. Nagle zorientowałem się, że przecież z pokoju dziecięcego nie dochodzą żadne dźwięki, zaniepokoiła mnie ta zupełna cisza, więc postanowiłem tam zajrzeć. Zobaczyłem na pościeli rozsmarowaną, roztopioną czekoladę oraz plamy od błota. Domyśliłem się, że chłopcy skakali po łóżku w brudnych butach, czego bardzo nie lubię. Przeprowadziłem z nimi poważną rozmowę, obiecali, że już nigdy tego nie zrobią. Zdawałem sobie sprawę, że żona będzie się gniewać, że nie dopilnowałem dzieci, a także za brudną pościel. Zająłem się czyszczeniem plam, niestety bezskutecznie. Po chwili odwiedziła mnie sąsiadka, aby pożyczyć cukier. Doradziła mi, abym z tą pościelą udał się do pralni chemicznej Perfect Clean i zaproponowała, że ona w tym czasie zaopiekuje się dziećmi. Tak więc uczyniłem. Byłem bardzo zaskoczony miłą obsługą oraz panującą tam życzliwą atmosferą. Opowiedziano mi o czyszczeniu wyrobów tekstylnych oraz czyszczeniu odzieży skórzanej, a także o usługach podnoszących walory użytkowe. Dowiedziałem się o kilku placówkach Perfect Clean w Polsce. Uzyskałem nawet promocję i otrzymałem wizytówkę z danymi kontaktowymi tej firmy. Jednym słowem wiedziałem, że zostawiam prawie nowiutką pościel w dobrych rękach. Odebrałem ją idealnie czystą następnego dnia. Kasia, moja żona również była pełna zachwytu i podziwu dla profesjonalizmu pralni Perfect Clean. Nie gniewała się, ani na mnie, że nie dopilnowałem dzieci, ani na małych łobuzów za czekoladowe plamy. Tylko następnego dnia sama złożyła CV o przyjęcie jej do pracy w tej firmie. Czekamy z ogromną niecierpliwością na odpowiedź. Mamy nadzieję, że będzie ona pozytywna.

poniedziałek, 23 marca 2015

Balbina

Ostatniego dnia marca obchodzi imieniny siostra mojej żony, Balbi. To skrót od Balbina, oczywiście. To rzadkie imię otrzymała ponoć, jak sama twierdzi, przez przypadek. Jej mama, a moja teściowa, Anna, dała swojej pierworodnej imię po sobie, a drugiej córce… Właśnie, ciekawe po kim? Ponoć pochodzi od łacińskiego „balbus”, czyli „jąkała”. Może coś w tym jest, bo Balbi od dziecka strasznie się jąka. Ta dobra dziewczyna ma na tym punkcie kompleks i twierdzi, że dlatego nie ma żadnego chłopaka.
Teściowa jest samotną matką. Odkąd ją znam, zawsze bardzo dbała o swoje córki, jednak ich ojciec jest dla wszystkich zagadką. Moja Ania o swoim biologicznym ojcu nie mówiła nic – bo, jak twierdziła, nic nie wiedziała. Jedyne, co jej córki wiedziały o swoim pochodzeniu, to to, że mają tego samego ojca.
Dla Balbi jestem kimś w rodzaju powiernika i zaufanego doradcy. Jeśli nazwałbym to przyjaźnią, byłoby to dobrym określeniem, z tym, że (o ile wiem) nie ma ona nikogo takiego oprócz mnie…
Tydzień przed imieninami, Balbi wpadła do nas z zaproszeniem na jej przyjęcie.
– Przy… przy… przyjdźcie koniecznie! – zakończyła i poleciała do naszych sąsiadów.
Przygotowania do tej wizyty, z naszej strony, wymagały wyprania sukni wieczorowej mojej żony, mojego garnituru, krawatu, zamszowego płaszcza…
– Aniulka! – zaryczałem wołając mą ślubną – czy zamsz się pierze?!
– Chyba nie… nie wiem. Na pewno można go wyczyścić w pralni chemicznej, Zosia mi kiedyś opowiadała…
Zabrałem płaszcz, przy okazji stwierdziłem, że moje buty są też zamszowe. Wziąłem je ze sobą do tej samej torby i wyruszyłem na miasto.
W pralni musiałem podpisać oświadczenie, że przyjmuję do wiadomości, że pralnia odmawia odszkodowania w wypadku…
Żadnego wypadku nie było. Zniknęły wszystkie plamy. Zarówno płaszcz, jak i buty wyglądały jak nowe.

Na imieninach Balbi poznała mojego chrześniaka, Artura. Chyba przypadli sobie do gustu, bo zapisali się na turnus w Kołobrzegu. Na imieninach świergotali jak wróbelki. Mam nadzieję, że będą razem. My z Aniulką poznaliśmy się w Kołobrzegu…

Moja nowa praca

Jest przepiękny wiosenny dzień właśnie siedzę i przygotowuję obiad. Zadzwonił telefon, odezwała się do mnie pani, która pracuje w pralni Perfect Clean. Zapytała mnie czy moje aplikowanie w tejże firmie jest aktualne. Odpowiedziałem twierdząco. Umówiliśmy się w kolejnym dniu w siedzibie firmy. Bardzo się ucieszyłem, gdyż od dzieciństwa rodzice uczyli mnie wszelkich obowiązków domowych takich jak pranie, sprzątanie, gotowanie. zgodnie z umową pojechałem na spotkanie. Opowiedziano mi, że pralnia świadczy różnego rodzaju usługi takie jak czyszczenie odzieży skórzanej, czyszczenie wyrobów tekstylnych, dowiedziałem się również o usługach podnoszących walory użytkowe oraz uzyskałem informacje na temat usług uzupełniających. Pokazano mi bardzo dokładnie całą placówkę w Warszawie, gdyż tam mam pracować, jest to nie jedyna placówka Perfect Clean w Polsce. Na początku Zostałem zatrudniony na okres próbny 3 miesiące, ale powiedziano mi, że jeśli nie będzie ze mną problemów to umowa zostanie mi przedłużona na dłuższy czas. Atmosfera była bardzo miła, a wszyscy pracownicy bardzo pogodni. Wypiliśmy razem kawkę i zapoznaliśmy się. Dowiedziałem się, że pierwsze dni w nowej pracy to jest szkolenie. Bardzo uradowany wróciłem do domu, pierwszy dzień minął super. Kolejnego dnia byłem troszkę zestresowany, ale wszystko poszło dobrze. Zapoznano mnie z promocjami jakie obowiązują we wszystkich siedzibach firmy, pokazano mi każdy sprzęt i wyjaśniono co do czego służy. Podczas mojego szkolenia widywałem wielu ludzi, którzy przychodzili do prani z różną odzieżą m.in. Płaszcze, koce dywany, pościel i wiele innych. Dzień zleciał bardzo szybko, jestem bardzo zadowolony z mojej pracy. Kolejnego dnia pokazano mi jak czyścić wyroby tekstylne, wyroby skórzane. Przełożeni pochwalili mnie i powiedzieli, że tak dobrego pracownika, który tak szybko wszystko rozumie to dawno nie mieli. Dni mijały bardzo szybko, aż nadszedł czas zakończenia okresu próbnego. Do ostatniego dnia nie wiedziałem jak to będzie. Wszystko zakończyło się sukcesem. Do dnia dzisiejszego jestem pracownikiem firmy Perfect Cean, która daje mi dużo szczęścia i radości, gdyż robię to co lubię

piątek, 20 marca 2015

Niespodzianka dla żony

Moja ślubna wyjechała na wycieczkę w góry. Pozostałem sam na gospodarstwie, pierwszy raz od… zaraz, zaraz… od trzech lat! Miałem trzy dni spokoju i postanowiłem go wykorzystać na czynności, które zwykle wykonywała moja żona. Chcąc zrobić jej niespodziankę, zdecydowałem, że wypiorę wszystkie ubrania z kosza w łazience i jej garderoby.
Zadanie wydawało mi się proste, wiele razy widziałem, jak Kasieńka bez trudu doprowadza nasze tekstylia do stanu używalności. Pięknie pachnące z przyjemnością wkładałem idąc do pracy, budząc zazdrość kolegów i koleżanek.
Najpierw posegregowałem ciuchy na jasne i ciemne. Ciemna koszula, krawat, suknia wieczorowa żony, lekko zabrudzona podczas sylwestrowych szaleństw. Sweter ciemnozielony, skarpety i ciemna bielizna. Uff… więcej do bębna chyba nie wejdzie… Upchnąłem lekko, wsypałem proszek do bębna (Kasia zawsze tak robiła) i włączyłem pralkę.
Ciche warczenie i nic… Odczekałem chwilę i zacząłem się niepokoić. Dlaczego nie pierze? Nagle zorientowałem się, że nie odkręciłem wody. Po wyeliminowaniu tego niewielkiego błędu, maszyna ruszyła. Sukces! Wyszedłem z łazienki i poszedłem na piwo.
Wróciłem po dwóch godzinach. Zdjąłem płaszcz i zajrzałem do łazienki. Pranie najwyraźniej było skończone. Podstawiłem michę i zacząłem wyjmować zawartość bębna. Była strasznie poskręcana, ulubione rajstopy mojej miłej podarły się. Generalnie nie było źle, dopóki nie dotarłem… zaraz? Co to jest? Jakiś niesamowicie rozciągnięty kawałek materiału. Spodnie? Coś jakby nogawki, ale nie… O Boże, to najlepszy sweter mojej żony, prezent od teściowej na gwiazdkę! Masakra! Co robić?
Zdenerwowany i spocony zdjąłem krawat i zadzwoniłem do mamy. Wiedziałem, że na nią w każdej sytuacji mogę liczyć.
Gdy podniosła słuchawkę, jednym tchem wykrzyczałem o swoim nieszczęściu. Mama zastanowiła się chwilę i spytała, jaką nastawiłem temperaturę prania i wirowanie. Powiedziałem, że nic nie, ruszałem i zerknąłem na pralkę. Było 90 stopni i wirowanie 1000. Mama powiedziała, że wszystko jasne.

Mimo wyjaśnienia sytuacji, pozostał jeszcze problem swetra. Na szczęście moja niezawodna rodzicielka kupiła jeszcze jeden sweter, bardzo podobny, tylko jaśniejszy. Umówiliśmy się, że podrzuci go jutro i Kasieńka może nie zauważy. Powiem zresztą, że rozjaśnił się w praniu. Zaś stary będzie służył za legowisko Barryemu, ulubionemu labradorowi siostry mamy, cioci Jadzi.