Moja ślubna wyjechała na wycieczkę w góry. Pozostałem sam na
gospodarstwie, pierwszy raz od… zaraz, zaraz… od trzech lat! Miałem trzy dni
spokoju i postanowiłem go wykorzystać na czynności, które zwykle wykonywała
moja żona. Chcąc zrobić jej niespodziankę, zdecydowałem, że wypiorę wszystkie
ubrania z kosza w łazience i jej garderoby.
Zadanie wydawało mi się proste, wiele razy widziałem, jak
Kasieńka bez trudu doprowadza nasze tekstylia do stanu używalności. Pięknie
pachnące z przyjemnością wkładałem idąc do pracy, budząc zazdrość kolegów i
koleżanek.
Najpierw posegregowałem ciuchy na jasne i ciemne. Ciemna
koszula, krawat, suknia wieczorowa żony, lekko zabrudzona podczas sylwestrowych
szaleństw. Sweter ciemnozielony, skarpety i ciemna bielizna. Uff… więcej do
bębna chyba nie wejdzie… Upchnąłem lekko, wsypałem proszek do bębna (Kasia
zawsze tak robiła) i włączyłem pralkę.
Ciche warczenie i nic… Odczekałem chwilę i zacząłem się
niepokoić. Dlaczego nie pierze? Nagle zorientowałem się, że nie odkręciłem
wody. Po wyeliminowaniu tego niewielkiego błędu, maszyna ruszyła. Sukces!
Wyszedłem z łazienki i poszedłem na piwo.
Wróciłem po dwóch godzinach. Zdjąłem płaszcz i zajrzałem do
łazienki. Pranie najwyraźniej było skończone. Podstawiłem michę i zacząłem
wyjmować zawartość bębna. Była strasznie poskręcana, ulubione rajstopy mojej
miłej podarły się. Generalnie nie było źle, dopóki nie dotarłem… zaraz? Co to
jest? Jakiś niesamowicie rozciągnięty kawałek materiału. Spodnie? Coś jakby
nogawki, ale nie… O Boże, to najlepszy sweter mojej żony, prezent od teściowej
na gwiazdkę! Masakra! Co robić?
Zdenerwowany i spocony zdjąłem krawat i zadzwoniłem do mamy.
Wiedziałem, że na nią w każdej sytuacji mogę liczyć.
Gdy podniosła słuchawkę, jednym tchem wykrzyczałem o swoim
nieszczęściu. Mama zastanowiła się chwilę i spytała, jaką nastawiłem
temperaturę prania i wirowanie. Powiedziałem, że nic nie, ruszałem i zerknąłem
na pralkę. Było 90 stopni i wirowanie 1000. Mama powiedziała, że wszystko jasne.
Mimo wyjaśnienia sytuacji, pozostał jeszcze problem swetra.
Na szczęście moja niezawodna rodzicielka kupiła jeszcze jeden sweter, bardzo
podobny, tylko jaśniejszy. Umówiliśmy się, że podrzuci go jutro i Kasieńka może
nie zauważy. Powiem zresztą, że rozjaśnił się w praniu. Zaś stary będzie służył
za legowisko Barryemu, ulubionemu labradorowi siostry mamy, cioci Jadzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz