piątek, 20 marca 2015

Niespodzianka dla żony

Moja ślubna wyjechała na wycieczkę w góry. Pozostałem sam na gospodarstwie, pierwszy raz od… zaraz, zaraz… od trzech lat! Miałem trzy dni spokoju i postanowiłem go wykorzystać na czynności, które zwykle wykonywała moja żona. Chcąc zrobić jej niespodziankę, zdecydowałem, że wypiorę wszystkie ubrania z kosza w łazience i jej garderoby.
Zadanie wydawało mi się proste, wiele razy widziałem, jak Kasieńka bez trudu doprowadza nasze tekstylia do stanu używalności. Pięknie pachnące z przyjemnością wkładałem idąc do pracy, budząc zazdrość kolegów i koleżanek.
Najpierw posegregowałem ciuchy na jasne i ciemne. Ciemna koszula, krawat, suknia wieczorowa żony, lekko zabrudzona podczas sylwestrowych szaleństw. Sweter ciemnozielony, skarpety i ciemna bielizna. Uff… więcej do bębna chyba nie wejdzie… Upchnąłem lekko, wsypałem proszek do bębna (Kasia zawsze tak robiła) i włączyłem pralkę.
Ciche warczenie i nic… Odczekałem chwilę i zacząłem się niepokoić. Dlaczego nie pierze? Nagle zorientowałem się, że nie odkręciłem wody. Po wyeliminowaniu tego niewielkiego błędu, maszyna ruszyła. Sukces! Wyszedłem z łazienki i poszedłem na piwo.
Wróciłem po dwóch godzinach. Zdjąłem płaszcz i zajrzałem do łazienki. Pranie najwyraźniej było skończone. Podstawiłem michę i zacząłem wyjmować zawartość bębna. Była strasznie poskręcana, ulubione rajstopy mojej miłej podarły się. Generalnie nie było źle, dopóki nie dotarłem… zaraz? Co to jest? Jakiś niesamowicie rozciągnięty kawałek materiału. Spodnie? Coś jakby nogawki, ale nie… O Boże, to najlepszy sweter mojej żony, prezent od teściowej na gwiazdkę! Masakra! Co robić?
Zdenerwowany i spocony zdjąłem krawat i zadzwoniłem do mamy. Wiedziałem, że na nią w każdej sytuacji mogę liczyć.
Gdy podniosła słuchawkę, jednym tchem wykrzyczałem o swoim nieszczęściu. Mama zastanowiła się chwilę i spytała, jaką nastawiłem temperaturę prania i wirowanie. Powiedziałem, że nic nie, ruszałem i zerknąłem na pralkę. Było 90 stopni i wirowanie 1000. Mama powiedziała, że wszystko jasne.

Mimo wyjaśnienia sytuacji, pozostał jeszcze problem swetra. Na szczęście moja niezawodna rodzicielka kupiła jeszcze jeden sweter, bardzo podobny, tylko jaśniejszy. Umówiliśmy się, że podrzuci go jutro i Kasieńka może nie zauważy. Powiem zresztą, że rozjaśnił się w praniu. Zaś stary będzie służył za legowisko Barryemu, ulubionemu labradorowi siostry mamy, cioci Jadzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz