Od
co najmniej dwóch lat mieszkałem z
rodzicami w Niemczech. Żyło nam się świetnie od razu poznałem nowych znajomych.
Ale wiadomo początek był trudny, łatwo dogadać się z nimi nie było, a oni to
wykorzystywali i gadali do mnie jakieś
rzeczy, których kompletnie nie rozumiałem. Potem czas mijał i przyzwyczaiłem
się. Dostałem się do dobrej szkoły po tym jak nauczyłem się języka, mama
dostała dobrą pracę w pralni „Perfect clean” i żyło nam się świetnie, lepiej
niż dotychczas. Pewnego dnia pod blokiem pojawił się tajemniczy dzieciak. Był w
moim weku , ale do nikogo się nie odzywał . Kiedy staliśmy rano na przystanku i
czekaliśmy na autobus do szkoły , on mamrotał coś pod nosem o pralni. Nie
zrozumiałem go, ale po paru dniach postanowiłem się do niego odezwać i spróbować się z nim zakumplować. Czekając z
nim znowu na przystanku na autobus spytałem się go jak się nazywa. Chłopiec
uśmiechnął się do mnie i odpowiedział tak po cichu, że ledwo go zrozumiałem.
Miał na imię Tymoteusz. Ja również mu się przedstawiłem. Gdy podjechał autobus
razem do niego wsiedliśmy i rozmawialiśmy ze sobą całą drogę do szkoły.
Spytałem się Tymoteusza, o co mu chodziło z tą pralnią i dlaczego kiedyś tak
bełkotał pod nosem. Uśmiechnął się i powiedział, że jego babcia uwielbia
woreczki do szafy o zapachu migdałowym, a tylko w jednej pralni można je
dostać, która znajduję się na drugim końcu miasta. Męczą go te wyprawy na drugi
koniec miasta specjalnie po te woreczki. Postanowiłem pomóc swojemu nowemu
koledze i poprosiłem mamę , aby przywiozła ze swojej pralni kilka tych
woreczków, aby Tymoteusz nie musiał po nie jeździć na drugi koniec miasta. I
tak o to poznałem nowego kolę, z którym podróżuję do szkoły i z powrotem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz