Zdążyłem
w ostatniej chwili. Mało brakowało, abym spóźnił się na ostatni dziś pociąg do
Warszawy. Mój dwutygodniowy urlop w Ustce właśnie się zakończył, a było na nim
bardzo wesoło.
Koledzy
oczywiście musieli jak zawsze zażartować z mojego spóźnialstwa. Spóźnialstwo to
chyba mój znak rozpoznawczy; nikt tak się wszędzie nie spóźniał, jak ja.
Dobrze, że w pracy miałem wyrozumiałego szefa, który przymykał oko na moje
pięciominutowe „poślizgi”.
To
były niezapomniane wakacje, z tą ekipą nie można się nudzić. Choć nie powiem,
wątrobę trzeba mieć zdrową… Codziennie przed południem wychodziliśmy kąpać się
nad morze, wieczorami spotykaliśmy w pobliskiej knajpie, a czasami też zdarzała
nam się jazda na rowerze i granie w piłkę plażową. Wakacje moich marzeń!
W
pociągu zaczęliśmy z chłopakami wspominać śmieszne sytuacje, żartów było co niemiara.
Chwilami spotykaliśmy się ze spojrzeniem starszej pani, której nie podobało się
takie zachowanie w pociągu. Co jakiś czas dawała nam do zrozumienia, abyśmy
przestali się tak głośno śmiać. Chcąc nie chcąc przestaliśmy śmiać się, „aż tak
głośno”.
Dziewczyny
zamiast wspominać wakacje, jedna przez drugą zastanawiały się, kiedy mają uprać
ubranie. Bo przecież, jak to kobiety, nigdy nie mają co na siebie włożyć.
Mnie
nie dopadały takie myśli. Miałem niedaleko ulubioną pralnie „Perfect Clean”.
Pracowała tam śliczna dziewczyna, miała na imię Jowita. Lubiłem podrzucać tam
swoje ubrania. Miałem pretekst, aby się z nią zobaczyć. Zdarzyło mi się też
zanieść dywan bo pralnia oferowało też szybkie pranie dywanów. Koszule, spodnie,
koc również czasem tam prałem. Pralnia była niedroga i naprawdę świadczyła
dobre usługi.
Wysiedliśmy z pociągu na Dworcu Centralnym. Pożegnaliśmy
się i każdy udał się w swoją stronę. Nazajutrz poszedłem do „Perfect Clean” i
oddałem swoje rzeczy do prania. Nawet umówiłem się z Jowitą, czas najwyższy
poznać się trochę bliżej. Czasami warto zaryzykować… Pożyjemy – zobaczymy co z
tego wyjdzie