W ostatni weekend pojechałem z moją żoną na piknik za
miasto. Spakowaliśmy koc i żywność do koszy na rowerach i wyruszyliśmy w
plener.
Pogoda była cudowna, ani jednej chmurki na niebie, słoneczko
przygrzewało a do tego wiał bardzo przyjemny wiaterek. Sama jazda na rowerach sprawiała
nam obojgu przyjemność, gdy dotarliśmy na wybrane miejsce biwakowe, było już
południe.
Łączka, którą wcześniej wybraliśmy, była prześliczna. Wokół
dużo kwiatów i do tego płynął strumyk.
Moja żona zachwycała się przez jakiś czas widokiem i bez
zastanowienia usiadła na trawie, posiedziała kilka minut. Potem wstała – a tu
cała pupa ubrudzona czymś zielonym! Zorientowała się od razu, bo zabrudzenia
sięgały kieszeni bocznych.
– O Boże! Zobacz, co ja zrobiłam, ubrudziłam moje ulubione spodnie!
W tym momencie cały czar naszej wyprawy prysł, bo jak to
bywa, kobietka mojego życia lamentowała do końca trwania pikniku… Po powrocie
od razu pobiegła do łazienki wstawić pranie, ale niestety mimo podwyższonej
temperatury zielona plama pozostała.
Przypomniało mi się wtedy, że ostatnio czytałem zamieszczoną
w gazecie reklamę pralni chemicznej. Poszedłem do piwnicy przejrzeć przeczytane
już gazety aby znaleźć odpowiednie pismo. Po piętnastu minutach znalazłem to,
czego szukałem i z uśmiechem na twarzy pomaszerowałem wręczyć czasopismo żonie.
Zuzia przeczytała i stwierdziła sceptycznie, że pewnie im
też się nie uda.
– Przeczytaj dokładnie co tam piszą że usuwają wszystkiego
rodzaju plamy – powiedziałem.
– No dobrze – odrzekła małżonka – to chodźmy do tej cudownej
pralni „Perfect Clean”.
Na szczęście pralnia chemiczna mieściła się niedaleko, więc
szybko wróciliśmy do domu. Zuzia zastanawiała się jeszcze czy fachowcom uda się
doprać jej ulubione spodnie.
Po trzech dniach sama wybrała się je odebrać, już od progu
widziałem jej zadowoloną minę. Plama zniknęła, a spodnie wyglądały jak nowe.
Od tamtej pory dosyć często korzystamy z usług tej pralni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz