nową We wtorek moja Kasia wyjechała do sanatorium. Na ten
wyjazd czekała od lat. Miała nadzieję na beztroski wypoczynek („z dala od
ciebie” – jak czasem żartowała) no i może na jakąś poprawę stanu swojego
kręgosłupa. W kurorcie, gdzie się udała, miała w pakiecie mnóstwo zabiegów
leczniczych.
Jako „słomiany wdowiec” nie miałem w planach wykorzystywać
jej nieobecności. Jednak na propozycję kumpla Jarka (obejrzenie w jego
towarzystwie gali boksu plus nasze ulubione piwko) przystałem z radością.
Transmisja przeciągnęła się do północy; wracałem nocnym. W
autobusie było dość dużo ludzi, niedaleko mnie jakiś śmierdzący wódką osobnik
śpiewał… śpiewał tak:
„Basia, Basia, Basia, Basia… Baaasia, Baaasia, Ba-sia,
Ba-sia… I tak dalej… Byłem odwrócony do niego plecami, gdy pojazd gwałtownie
zahamował przed przystankiem. Śpiewak najpierw czknął dziwnie a potem…
zwymiotował na moją kurtkę! Zamarłem, otworzyły się drzwi, wokalista beknął
rozpaczliwie, z trudem wysiadł i kontynuował wypróżnianie „tą stroną” do
przystankowego kosza na śmieci.
– Z dwojga złego lepiej tą stroną… – zaczął jakiś dowcipniś,
ale gdy na mnie spojrzał, zrezygnował z konwersacji.
Przez następne trzy dni próbowałem doprać kurtkę i usunąć
ślady tego niefortunnego zdarzenia. Bez większych rezultatów. Kurtka wciąż
nosiła ślady posiłku „basisty”, jak go nazywałem w myślach. Różnokolorowe
plamy; „pawie”, jak je określił kumpel, któremu o tym opowiedziałem.
Zaproponował mi pralnię chemiczną Perfect Clean. Powiedział, że rozwiązała już
kiedyś jego problem, dosyć podobny…
– W czyszczeniu odzieży tekstylnej to moim zdaniem najlepsza
firma – powiedział.
Rada okazała się dobra. Nie tylko zniknęły plamy, ale kurtka
(dzięki dodatkowym usługom, których nazw niestety nie pamiętam) nabrała nowego
wyglądu.
Gdy wróciła Kasia, sądziła, że kupiłem kurtkę. Długo nie
chciała uwierzyć, przekonał ją ostatecznie rachunek z pralni. Choć i tak była
zaskoczona umiarkowaną ceną tej restauracji… Gdyby jeszcze wiedziała o
„basiście”…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz