Na dziesiąte urodziny nasza córka, Jarzębinka (naprawdę
nazywa się Kalina, ale nikt tak do niej nie mówi) dostała w prezencie pieska.
Dziewczynka już od dawna chciała mieć psa. Przez pewien czas próbowaliśmy jej
to wyperswadować, nie bardzo wierząc w gorące zapewnienia, że „naprawdę, ale to
naprawdę” będzie się nim opiekować, chodzić na spacery, karmić itd. W końcu
ulegliśmy…
Jarzębinka dała mu na imię Miluś, na pamiątkę małego smoka z
komiksów, które uwielbiała czytać. Powiedziała, że szczeniak ziewa jak smok. Ze
zdziwieniem zauważyliśmy, że córka dobrze wywiązuje się ze swoich obowiązków
właścicielki. Miluś był do niej ślepo przywiązany. Rósł szybko i wkrótce z
małego kojca przeniósł się do własnego kąta z posłaniem (mieszkanie klasy
M-koc, jak Jarzębinka nazwała to lokum).
Ostatnio nasza sąsiadka musiała wyjechać; poprosiła nas o
zaopiekowanie się jej kotką. Może się to wydać dziwne, że zwróciła się z tym do
posiadaczy psa, ale zwierzaki znały się od małego, nie tylko tolerowały, ale
wręcz lubiły się razem bawić. Miluś nawet parę razy pogonił jamnika, który
szczekał na kotkę. Odtąd przyjaźń się pogłębiła, zwłaszcza z jej strony.
Podczas pobytu u nas nawet spała na jego posłaniu. Po
powrocie kotki do właścicielki, pozostał jednak pewien problem. Trzeba było
wyprać koc psa, na którym sublokatorka pozostawiła sporo sierści. Chciałem
wyprać go w pralce, ale Krysia zaprotestowała.
– Zanieś koc do pralni, zwłaszcza, że mam sporo rzeczy,
których nie da się uprać w pralce.
Zapakowałem rzeczy do prania i poszedłem do pobliskiej
pralni chemicznej Perfect Clean. Od dawna korzystaliśmy z jej usług, przy
czyszczeniu moich garniturów, garsonek żony a także praniu firan i zasłon.
Chyba nikt rozsądny nie próbuje robić tego w domowej pralce. Kiedyś my także
straciliśmy przy próbie zaoszczędzenia paru złotych. Skończyło się na kupnie
nowych ubrań wizytowych.
I tym razem wszystko wyszło „perfect”. Kocyk także!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz