sobota, 3 października 2015

Pożar

Mieszkam z rodziną na wsi w pobliżu pięknego jeziora. Rok rocznie przyjeżdża do nas na wakacje moja siostra z dwójką niesfornych chłopców. Tutaj mogą się wyszaleć .Duże podwórko, łąka pole Miejsca dużo dla tych urwisów. Właśnie nadjeżdża samochód ,to właśnie oni. Jeszcze ich nie widać a już słychać piski i krzyki. Mamy dwa tygodnie rozrywki którą zapewne zafundują nam chłopcy. Mijał dzień za dniem a dom jak stał tak stoi. Zadowoleni uznaliśmy iż chłopcy z wiekiem są coraz mądrzejsi. Dwa dni przed wyjazdem Krzysiu z Markiem zniknęli nam z oczu. My zajęci codziennymi sprawami nie zauważyliśmy braku chłopców. W pewnym momencie w okienku na strychu zauważyłem czerwoną łunę. Pobiegłem ile sił w nogach na górę. To był moment a strych już płonął. Dzieci udało nam się bez szwanku sprowadzić na dół. Dobrze że miałem wąż podłączony do hydrantu. Pełnym strumieniem nie patrząc na nic lałem wodę na strychu . Ogień ugasiłem. Wody było pełno wszędzie .Dywany pozalewane, brudne od zwęglonych belek wynosiłem na zewnątrz. Przestraszeni żona , siostra i dzieci pomagali jak mogli. Strych wymaga kapitalnego remontu natomiast mieszkanie na dole pomału doprowadzamy do porządku, Wodą z płynem szorujemy po kolei każdy mebel, potem podłogę a następnie pastą pokrywamy podłogę. Niestety dywany nie wyczyścimy, trzeba zapakować je na samochód i zawieź do naszej zaufanej pralni Perfect clean. Panie w pralni z uśmiechem na ustach pocieszyli nas ,twierdząc iż nie takie rzeczy robią. Po trzech dniach odebrałem dywany czyściutkie suche gotowe do rozłożenia na podłogi. Pomału dom przypomina dawną świetność. Został tylko strych do zrobienia ,ale to nie teraz. Chłopcy przez ten incydent wydorośleli. Dobrze że nikomu się nic nie stało. Przepraszają nas kilka razy dziennie. Mam tylko nadzieję że nigdy więcej tego nie zrobią.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz